DrukujDrukuj

Związek Polaków w Niemczech na Ziemi Strzeleckiej

Autor:
online
Po tym jak Franciszek Myśliwiec został aresztowany jego majątek skonfiskowano. Rodzina zostałanatomiast wywieziona w głąb Niemiec.

Związek Polaków w Niemczech na Ziemi Strzeleckiej - rolnik Franciszek Myśliwiec swoimi patriotycznymi poglądami doprowadził starostę do furii. Trafił za to do KL Buchenwald, podobnie jak inni, którzy podkreślali polskie pochodzenie.

W tworzonym przez nazistów państwie nie było miejsca ani dla mniejszości narodowych, ani etnicznych. Dlatego od 1933 r. robili oni wszystko, by pozbyć się organizacji, które były solą w ich oku. Jedną z nich był Związek Polaków w Niemczech, który na ziemi strzeleckiej miał sporą ilość członków i sympatyków.

W 1936 r. prezesem I Dzielnicy Śląskiej Związku Polaków w Niemczech został wybrany Franciszek Myśliwiec - niepozorny rolnik, który jak się później okazało nie bał się przeciwstawić hitlerowcom. Pochodził on ze Sprzęcić, gdzie urodził się 4 października 1868 r., w rodzinie rolniczej.
Duży wpływ na jego patriotyczne poglądy miał Karol Myśliwiec - starszy brat, który został wyświęcony na księdza i był wikarym w Kamieniu Śląskim. Młody Franciszek, choć mieszkał na niemieckiej ziemi, czuł się Polakiem. W 1907 r. zaczął propagować w okolicy polską prasę i zachęcać ludzi, by podczas wyborów do parlamentu Rzeszy i sejmu pruskiego, głosowali na polskich kandydatów.

Dzięki jego zaangażowaniu w Strzelcach Opolskich, razem z innymi działaczami założył Bank Ludowy, który dawał pożyczki nawet najbiedniejszym członkom. W 1920 r. był jednym z założycieli spółdzielni „Rolnik”, która skupowała plony od miejscowych gospodarzy. A ponadto w 1930 r. założył Górnośląskie Zjednoczenie Rolników, które miało walczyć o prawa polskich gospodarzy.

Hitlerowcy próbowali różnych metod, by zniechęcić Myśliwca do działania. Wykorzystali m.in. ustawę o zagrodach dziedzicznych, która przewidywała, że tylko Niemiec może być właścicielem gospodarstwa z prawem do dziedziczenia. Dla rolnika był to prosty przekaz - jeżeli będzie manifestować swoje polskie poglądy, może stracić gospodarstwo.

Myśliwiec nawet nie myślał, by zrezygnować z działania. W sierpniu 1939 r., na kilka dni przed wybuchem wojny strzelecki landrat (starosta) wezwał go do siebie i jeszcze raz próbował wymusić na nim zmianę poglądów. Bernard Lasek, który w latach 50-tych ubiegłego stulecia opisał życie Myśliwca, ustalił, jak wyglądał przebieg rozmowy w gabinecie starosty. Wiadomo, że rolnik już na początku wytknął mu, że reprezentuje interesy swoich mocodawców, a nie mieszkańców. To go rozjuszyło.

- Czyli, panie Myśliwiec, stanowczo odmawiacie mojej prośbie, abyście jako spółdzielca przestali w „Rolniku” i w Banku Ludowym aktywnie pracować - mówił starosta - Panie Myśliwiec, ja was bardzo szanuję i proszę mnie zrozumieć, że nic dla was nie będę mógł zrobić, jeżeli tak stanowczo obstawać będziecie przy swoim zdaniu. Widzicie, panie Myśliwiec, dlatego, że wy osobiście w tych polskich spółdzielniach, w Związku Polaków, aktywnie pracujecie, to dużo dobrych rolników - gospodarzy idzie za waszym przykładem. Gestapo niechętnie na to patrzy. Wy wprawdzie mówicie po polsku, ale obyczaje, kulturę i wykształcenie macie niemieckie. Cóż wam ta Polska dać może? Mam polecenie, ażeby was upomnieć i zwrócić wam uwagę, że o ile odmówicie mojej prośbie, grożą wam duże nieprzyjemności.
Myśliwiec nie miał jednak zamiaru się ugiąć.

- Panie landracie, ja was rozumiem, wy musicie robić swoje i dlatego róbcie, co do was należy - odpowiedział Myśliwiec. - Ja będę swoje nadal musiał robić tak, jak mi nakazuje sumienie Polaka i spółdzielcy.
Kilka dni po tej rozmowie do Sprzęcic przyjechało gestapo i wywiozło polskiego rolnika do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Jego syn zginął na wojnie, a rodzinę wywieziono w głąb Niemiec.

Franciszek Myśliwiec z czasem został natomiast przewieziony do obozu w Dachau. Zmarł 6 listopada 1941 r. Dziś jego imieniem nazwana jest szkoła w Izbicku, a także ulice w Opolu, Zdzieszowicach, Staniszczach Małych oraz plac w Kamieniu Śląskim.

Równie dramatyczne okazały się losy Jana Guzego, który znał się z Myśliwcem z działalności w Związku Polaków w Niemczech. Pochodził on z Żędowic z biednej rodziny, w której dorastał wraz z ośmiorgiem rodzeństwa. Guzy był wychowywany w duchu patriotycznym. W swoim domu miał do dyspozycji bibliotekę z aż 400 polskimi książkami. Gdy dorósł, organizował dla okolicznych mieszkańców wycieczki do Częstochowy. W 1938 r. Guzy został aresztowany za złamanie ustawy o zakładaniu sklepów i detalicznej sprzedaży towarów. Musiał z tego powodu pracować przymusowo w powiecie kluczborskim. 5 września 1939 r. do domu w Wołczynie, gdzie mieszkał, weszła niemiecka żandarmeria. Nazistowskie władze szukały u niego propagandowych ulotek, ale niczego nie znalazły. Mimo tego Guzy trafił do obozu w Buchenwaldzie, jego żonę wysłano do obozu pracy w Zabrzu a jego majątek skonfiskowano.

Pod koniec wojny Guzy został przewieziony do obozu Neuengamme pod Hamburgiem. Zginął w 1945 r. w czasie transportu więźniów liniowcem SS Cap Arcona - naziści czując, że nie są w stanie wygrać wojny postanowili zatrzeć dowody zbrodni - przenieśli na statek aż 6,5 tys. więźniów z miejscowego obozu koncentracyjnego i wystawili liniowiec w taki sposób, by został ostrzelany przez brytyjskie bombowce.
„Wzywamy wszystkie jednostki morskie pływające pod banderą III Rzeszy do natychmiastowego zawinięcia do portu. Wszystkie statki niemieckie spotkane na morzu po godz. 14.00 dnia 3 maja zostaną zbombardowane.” - głosił komunikat, wielokrotnie powtarzany przez aliantów. Wartownicy SS zabronili jednak kapitanowi powrotu lub wywieszenia białej flagi. W efekcie statek został ostrzelany. Wśród zmarłych był właśnie Jan Guzy.

Przypadek kowala Alfreda Kapicy z Rozmierki pokazuje natomiast, że niewiele potrzeba było, żeby trafić do obozu. Udzielał się on w wiejskim Towarzystwie Śpiewaczym „Jutrzenka”. Razem z żoną Marią znani byli w okolicy z zamiłowania do teatru - oboje założyli nawet amatorski zespół, który występował na lokalnych scenach.

11 listopada 1939 r. gestapo wkroczyło do zakładu kowalskiego, który Kapica prowadził w Szymiszowie. Został przewieziony do zakładu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Kapica miał wtedy ogromne szczęście. W lipcu 1940 r. rodzinie udało się go stamtąd wyciągnąć za łapówkę. Kapica został później wcielony do armii niemieckiej i walczył na froncie w Jugosławii. 11 maja 1945 r. trafił do obozu jenieckiego, ale już we wrześniu został wypuszczony.

Radosław Dimitrow, nto
Tekst powstał przy współpracy z Piotrem Smykałą - znawcą lokalnej historii. W artykule wykorzystano opracowanie autorstwa Bernarda Laska.
Źródło: Nowa Trybuna Opolska, wydanie z 13 kwietnia 2012.

Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (27 głosów)