DrukujDrukuj

Uciekinierzy z Biłki Szlacheckiej w Grodźcu

Autor:
online
Takie domy zostawili w Biłce  Szlacheckiej dzisiejsi grodźczanie.

Uciekinierzy z Biłki Szlacheckiej w Grodźcu - w 1945 zamieszkali tu uciekinierzy z Biłki Szlacheckiej. Dziś czują się tu dobrze, ale tęsknią za wschodnimi stronami.

Ale ta ziemia słaba, same piaski! - krzyczeli pierwsi przybysze z Biłki, którzy przybyli do Grodźca w kwietniu 1945 roku. W swoich rodzinnych stronach zostawili oni najżyźniejsze w całej II Rzeczpospolitej gleby.
Przejście frontu radzieckiego i przepędzeniu Wehrmachtu z Kresów Wschodnich nie oznaczały dla nich wyzwolenia, a jedynie strach.
- Musieliśmy chować się przed bandami Ukraińców, którzy mordowali dorosłych i dzieci - wspomina Józef Gruszka, który do Grodźca trafił jako 12-latek. - Gdybyśmy nie wyjechali, wszystkich by nas na Sybir wywieźli.

„Wschodniaków” po przyjeździe, oprócz słabej ziemi, zaskoczyło jeszcze jedno: - Ludzie dziwili się na widok stodół wybudowanych przy samych domach oraz gnojowników umieszczonych na środku podwórek - mówi Krzysztof Kleszcz, potomek przesiedlonych i szef stowarzyszenia Nasz Grodziec.
Organizacja od pięciu lat dba o pielęgnowanie kresowych tradycji, skupia się też na rozwoju wsi.
- Przez wiele lat byliśmy pewni, że wrócimy do naszych domów - wyjaśnia pan Józef wspominając moment, kiedy dotarło do nich, że powrót to jedynie marzenie.

- Nie łudźcie się, że wrócicie. Wasze ziemie zostały na zawsze sprzedane - usłyszeliśmy na kazaniu gdzieś w okolicach 1959 roku - wspomina 81-latek. - Wówczas zaczęło się dla nas nowe życie. Przedtem żyliśmy na walizkach.

Owo poczucie tymczasowości było powodem podupadania gospodarczego wielu poniemieckich wsi.
Jednak dzisiaj Grodziec jest nawet ładniejszy od niektórych sąsiednich, typowo śląskich osad. We wsi działa kilka zespołów muzycznych, stowarzyszenie oraz sanktuarium Matki Boskiej Biłeckiej-Grodzieckiej, patronki Sybiraków. Jej obraz do Grodźca trafił niedługo po wspomnianym kazaniu. Wcześniej był przechowywany w okolicach Łańcuta.
- To była oznaka, że ludzie zostają i chcą czuć się jak u siebie - komentuje Jan Karpa, który urodził się już na Śląsku.
Jego wujek Władysław był pierwszym kresowiakiem, który ożenił się z miejscową dziewczyną.
- Najszybciej dogadały się matki młodej pary - opowiada Karpa.

- Dziś małżeństwa mieszane to norma, nikt nie patrzy już na pochodzenie - zapewnia Maria Gruszka wskazując, że jedna z jej córek wyszła za „tutejszego”, a teraz mieszka w Niemczech.
Związki ze Ślązakami Biłczanie mieli na długo przed wojną. Na zabranych przez Krzysztofa Kleszcza zdjęciach widać kolonię śląskich dzieci, które odwiedzały podlwowską wioskę na przełomie XIX i XX wieku.
- To były dzieci ze Starej Wsi pod Pszczyną. Stamtąd pochodził ks. Ksawery Mynarski, biłecki proboszcz - wyjaśnia Kleszcz.

Młodzi i starzy grodźczanie zaznaczają, że po wojnie nigdy nie doznali przykrości z powodu swojego pochodzenia. Czy któryś z nich powie o sobie, że jest Ślązakiem?
- Chyba nie. Ja zawsze mówię, że jestem z Biłki, a mieszkam w Grodźcu - wyjaśnia Józef Gruszka. - Młodsi widzą to zupełnie inaczej. Oni są już z Grodźca.


Mariusz Jarzombek, nto
Źródło: Nowa Trybuna Opolska, wydanie z 21 stycznia 2011.

Twoja ocena: Brak Średnia: 4.9 (7 głosów)