DrukujDrukuj

Siostry Służebniczki ze Strzelec Opolskich

Autor:
online
Zgromadzenie Sióstr Służebniczek do dziś działa w powiecie strzeleckim. Jeden z domów, w którym mieszkają mieści się w Porębie. Na zdjęciu widoczny jest także starosta strzelecki Józef Swaczyna, który odwiedził siostry, by wręczyć im szpitalną kronikę.

Siostry Służebniczki ze Strzelec Opolskich - dla pacjentów szpitala były gotowe zrobić wszystko - opiekowały się ludźmi w czasie wojny i pokoju. Za ciężką pracę nikt ich jednak nie docenił. W końcu zakonnice dostały nakaz opuszczenia lecznicy.

Siostry Służebniczki opisały swoje losy w obszernej kronice, którą prowadziły przez blisko 50 lat. Pierwszy wpis pochodzi z 11 czerwca 1928 r. Wtedy właśnie zgromadzenie sióstr zakupiło 5 hektarów ziemi od hrabiego, żeby wybudować w Strzelcach nowoczesny szpital, z którego schorowani mieszkańcy mogliby korzystać. Służebniczki miały doświadczenie w leczeniu ludzi - podobną, choć znacznie mniejszą placówkę prowadziły w Leśnicy.
Na budowę strzeleckiego szpitala dostały pieniądze od władz kościelnych, miasta, powiatu i rządu (część sum była udzielona w formie pożyczek). Wsparcie finansowe było zasługą prałata Josepha Glowatzkiego, który chodził po urzędach od drzwi do drzwi i przekonywał, że w Strzelcach lecznica jest potrzebna. Budowa szpitala poszła niezwykle szybko - zakończyła się już w listopadzie 1930 r.

Siostry od samego początku bardzo dbały, by pacjenci czuli się w szpitalu dobrze. Przed budynkiem od pierwszych dni tryskała fontanna, na balkonach rosły pelargonie, a pacjenci mogli odpoczywać na ławkach ustawionych w pobliżu wejścia. W parku, który otaczał lecznicę, wybudowano dom gospodarczy i pralnię, a nad nią pokoje dla personelu.

Siostry przyjmowały w szpitalu chorych z całego powiatu strzeleckiego. Pierwsze trudne chwile nastały wraz z wybuchem II wojny światowej. Lecznica z dnia na dzień zapełniła się rannymi, których przywożono z frontu. Mimo, że służebniczki pracowały z wytężoną siłą, nazistowskie władze próbowały je usunąć ze szpitala i zastąpić personelem cywilnym. Wynikało to prawdopodobnie z osobistych przekonań Hitlera, który dystansował się od władz kościelnych. Siostry były tym faktem przerażone. To dlatego, że szpital był nie tylko ich miejscem pracy, ale także ich domem. W lipcu 1940 roku o planach usunięcia sióstr z placówki, drogą pantoflową, dowiedział się ówczesny dyrektor szpitala - dr Backhaus. Postanowił zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do przejęcia lecznicy. Dyrektor pojechał do Bytomia do głównego lekarza okręgu. Udało mu się go przekonać, by wyznaczyć strzelecką placówkę, jako szpital wojskowy. Dzięki temu naziści nie przejęli lecznicy w swoje ręce.

Po przekwalifikowaniu szpitala, część sióstr wstąpiła formalnie do Wehrmachtu. Musiały złożyć przysięgi, dostały rangi i musiały stawiać się na apel. W zamian, podobnie jak żołnierzom, przysługiwały im różne wynagrodzenia i dodatki m.in.: koniak, wino, papierosy, pościel, ręczniki i mydła, które mogły zatrzymać lub zamienić później na inny towar.

Siostry opisują w swoim pamiętniku, że żołnierze byli przywożeni z frontu całymi grupami, w związku z tym były one bardzo zapracowane. Wiadomo, że w sierpniu 1941 r. w szpitalu pracowało już ponad 100 zakonnic, które opiekowały się 400 rannymi (zarówno żołnierzami, jak i cywilami). Z miesiąca na miesiąc ruch w lecznicy był coraz większy, a miejscowa kuchnia przygotowywała dziennie ponad 500 posiłków, co w czasie wojny było bardzo trudne, bo żywność była wydawana jedynie na kartki.

Pracy Służebniczkom nie ułatwiało gestapo. Tajni policjanci co rusz węszyli w szpitalu i nadzorowali siostry. Te najbardziej obawiały się, że będą o coś bezpodstawnie oskarżone i wywiezione do obozu koncentracyjnego w Dachau.
W 1943 roku w parku przy szpitalu stanęły cztery baraki dla jeńców: polskich, rosyjskich, angielskich i amerykańskich. Siostry starały się dbać o nich na równi z niemieckimi pacjentami. Upominały nawet strażników, by nie krzywdzili rannych. W 1944 r. zaczęły się naloty alianckich bombowców na miejscowe tereny. Siostry tak opisały te chwile.
„Znowu ostrzegają radiostacje, że nalot bliski. Przygotowałyśmy się na ciężką i trudną pracę, gdyż prawie zawsze po nalotach przywożono rannych. Za chwilę zaryczały syreny, chorych znoszono do bunkrów (...). Nagle ogromny huk, dom szpitalny cały trzęsie się i kołysze. Wszyscy patrzą przestraszeni, dzieci płaczą, podnosi się krzyk pacjentów: Boże ratuj!”.

Bomby z opisanego nalotu spadły do ogrodu szpitala, gdzie powstały potężne wyrwy. Żadna z nich nie trafiła jednak w budynek. Im bliżej końca wojny, tym więcej rannych trafiało do szpitala. Byli oni w fatalnym stanie: „często mieli w ranach robaki lub inne insekty sprawiające im jeszcze większy ból.”
W styczniu 1945 r. do Strzelec weszli żołnierze radzieccy. Najpierw wojskowi kazali zakonnicom zamieszkać w piwnicach szpitala, a później wygonili ich do nieogrzewanych baraków.

„Prawie wszystkie siostry zachorowały na grypę, reumatyzm i dur brzuszny” - napisały w kronice.
Rosjanie opuścili szpital w kwietniu 1945 r, ale zabrali ze sobą wszystko co mogli: łóżka, krzesła, szafy, aparaty rentgenowskie. Życie w powojennej Polsce okazało się dla sióstr równie trudne. Siostry zaczęły sprowadzać do szpitala sprzęt i meble na własną rękę (pierwsze łóżka dostały w darze od dyrektora więzienia). Trwało to aż do 1949 roku. Gdy wszystko było już na dobrej drodze siostry dowiedziały się, że tym razem ich szpital ma przejść w ręce komunistów.

„Między państwem a kościołem zaszło nieporozumienie. Znów zaczęły się trudne czasy” - ubolewały siostry.
Na początku lat 50-tych władza zaczęła zwalniać zakonnice z pracy zastępując je siostrami cywilnymi po szkołach pielęgniarskich. Po tym siostry były przesiedlane w różne części kraju.

„Dość wyraźnie odczuwa się prześladowanie Kościoła przez Państwo. (...) Siostry wciąż uważano za Niemki i tak je też traktowano” - pisały służebniczki.
W 1954 próbował się za nimi stawić dr Nowak, który po wojnie pełnił funkcję dyrektora lecznicy - zagroził, że jak tak dalej będzie, to zwolni się z pracy. Niedługo po tym komuniści znaleźli zastępcę na jego miejsce i sami go zwolnili.

W wrześniu 1954 r. władze zdecydowały, że całkowicie wyprowadzą siostry ze szpitala. Miały się one przenieść do kamienicy przy ul. Opolskiej. Zakonnice odwoływały się od decyzji i nie chciały opuścić lecznicy. Milicjanci przeprowadzili więc eksmisję. Dali siostrom godzinę czasu na spakowanie się, a gdy czas minął wpadli do ich pokoi i wyrzucili wszystko z szaf. Jedna z sióstr o imieniu M. Bertina była bardzo zdenerwowana: „Przyszliście do gotowego! Chcecie nam wszystko zabrać, a nas wyrzucić!” - mówiła.
Siostry nie miały wyjścia - musiały wynieść się ze szpitala. Po tym incydencie rzadko wychodziły na ulice. Ograniczyły też kontakty z ludźmi.

Radosław Dimitrow, nto
Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
Źródło: Nowa Trybuna Opolska, wydanie z 30 marca 2012.

Twoja ocena: Brak Średnia: 4.6 (24 głosy)